Opowieść Wigilijna

Janek9

Uwielbiam święta Bożego Narodzenia. Pomijając kwestię świątecznych porządków, lubię nawet przygotowania do świąt. Mam nadzieję, że za rok będę lubiła ten czas jeszcze bardziej. Rozmawiając kiedyś z Krzysiem o tym, jakich świąt chcemy dla naszej rodziny, jak połączyć/rozszerzyć tradycje przyjęte w naszych domach rodzinnych, bardzo nie chcieliśmy jeździć w Wigilię od mamy do mamy.

W ubiegłym roku byliśmy na chwilę złożyć sobie życzenia z rodziną Krzysia, po czym spędziliśmy całą Wigilię u mojej mamy. Fajny to był czas, ze zdjęciami USG pod choinką;-). W tym roku, pomimo naszych chęci, żadna babcia Janka nie chciała zrezygnować z widzenia z wnusiem w Wigilię;-). Nie dziwimy się, więc byliśmy trochę tu, trochę tu. Janek zmęczony, już pierwszego dnia świąt spał w dzień więcej niż zwykle, drugiego przeszedł samego siebie, a wczoraj odchorował całe świąteczne szaleństwo. Wróćmy do Wigilii, w tym roku spędzonej w większej części u babci Jadzi. Janek zasnął w drodze, choć w ciągu dnia całkiem sporo spał (znacie to z autopsji?). Snu wystarczyło, na czas pomocy w przygotowaniu do kolacji, modlitwę i dzielenie opłatkiem, a gdy już mielismy do niej siadać, obudził się skowronek. Uśmiechem przywitał wszystkich zgromadzonych, pozwolił zjeść barszcz z uszkami i kawałek pieczonej rybki, której sam też spróbował. Spróbował też opłatka, a potem namówił mnie do pójścia do mlecznego baru w ustronne miejsce. Prawie wszystkim dał się nosić na rękach, prawie nie marudził. Ideał, nie?;-) Z prezentów najbardziej zainteresowany był… papierem do pakowania… aż miałam wyrzuty sumienia, że prezent od nas dostał w pięknym reniferowym pudełku ;-). Droga powrotna minęła nam całkiem dobrze. Całe szczęście, że domy obu babć Janka dzieli jedynie 25minut drogi samochodem, a od mojej mamy do nas jest 5minut spaceru. U drugiej babci znowu prezenty, znowu jedzenie i trochę śmiechu. Mój młodszy brat powinien założyć kabaret. Życzenie zaimprowizował nam grając na gitarze. Były dosadnie sprośne i śprośno-śmieszne, tak, że słowa nie zapamiętałam, bo prawie leżałam. Wspominam i tak się czuję, że… nie czuję jak rymuję;-). Zapamiętałam za to anegdotę, któa zdażyła się przed naszym przyjazdem. Wigilię rozpoczęli we dwoje, mój brat i mama. Pomodlili się, przeczytali Ewangelię o Narodzeniu Jezusa i o pastrzerzach, któzy pierwsi, się o tym dowiedzieli. Zaśpiewali nawet całą kolędę. I zanim na stół trafił “wigilijny koksik”, który cały dzień się chłodził, i barszcz z uszkami, P. zaproponował, żeby w tym roku złożyli sobie życzenia tak ogólnie, a nie “każdy z każdym”;-). Gdy przyjechaliśmy do nich, szkoda mi było mojej mamy, która tyle czasu spędziła w kuchni, szkoda było tych wszystkich pyszności, których nie miałam siły spróbować, i wspólnego kolędowania w Wigilię, na które nie było za bardzo czasu. Szkoda mi także, że tak mało zdjęć udało nam się zrobić.
W tym roku udało mi się odwieść mąża od pomysłu pójścia z Jankiem na Pasterkę. Zasnął co prawda blisko północy, ale we własnym łóżeczku i spał dość dobrze, tak, że rano ledwo wyrobiliśmy się na śniadanie do mojej mamy. Potem wspólnie przeżywana Msza św. i kolejna anegdota, związana z kolędą “Jezus malusieńki”. Po Mszy ksiądz zgarnął dzieci do wspólnego kolędowania.  Gdy z głośnika dobiegało “w nóżki zimno…” śpiewane przez jedno z dzieci, myślałam, że chóralnie zabrzmi: “w tym kościele na pewno”, ale szepnął to tylko mąż, gdy całą trójką już się śmialiśmy. Nigdy nasz kościół zimą nie był tak kiepsko ogrzewany. Potem obiad u cioci, razem z moimi dziadkami, wszystkimi ich córkami, zięciami, wnukami i prawnukami. Pyszne szaleństwo, okupione radosnymi piskami tych prawie najmłodszych i spokojem “męskiego” pokoju, gdzie wokół Play Station zapanował taka cisza i skupienie, że Janek… mógł spokojnie sobie spać przez prawie 2h;-). Było pysznie, i tak intensywnie, że znowu uciekło śpiewanie kolęd:(.
Drugiego dnia świąt znowu byliśmy u babci Jadzi. Lenistwo = deser po drugim śniadaniu. Tak czy siak lubię dni bez obiadu;-).
Wczoraj odchorowaliśmy święta – dzień gorączki i nieprzeciętnego marudzenia. Szkoda dziecia, ale trudno było się nie śmiać, jak po 5s od śmiechu pojawiał się na twarzy rogal, robił się czerwony i zaczynał najpierw bezgłośnie, a potem z pełną parą płakać. I wystarczyło, że uśmiechnął się do niego ktoś inny niż mama i tata… a potem już nawet na tatusinego buziaczka reagował płaczem. Przeżyliśmy to na dwóch czopkach z paracetamolem, bez wizyty u lekarza. Okupiliśmy stresem, chwilowym spadkiem “mleczności” i porządnym zmęczeniem. Dobrze wspominam ten czas, teraz, gdy Janek już smacznie śpi, bez objawów choroby, choinka świeci, a w kubku świętami pachnie herbata.
I jeszcze trochę zdjęć, bo pisarka ze mnie kiepska.

DSC_1704 DSC_1706 DSC_1710Ubierać nie pomagał, ale do rozbierania choinki go zatrudnię,
bo nieźle mu to wychodzi ;-)DSC_1732Tata, ciocia, Janek i kapusta. DSC_1742Z babcią i najfajniejszym prezentem;-) DSC_1754Chwila śpiewania kolęd, pies i jego prezent. DSC_1757Elegant i mama z rozwaloną przez niego fryzurą.DSC_1762A tak wygląda mama 5.dzieci, różnica między najstarszym, a najmłodszą 14lat!
Fajna taka młoda ciocia-babcia;-). Nasze źródło wiedzy o alergiach, chorobach, lekach…DSC_1776Młody amator marchewki, w swetrze w renifery.

Karina

About Karina

Żona Krzysia, mama Janka. Kobieta renesansu, której niezliczone talenty nie pozwalają jej odkryć, co tak naprawdę w życiu chciałaby robić, poza byciem żoną, matką i ostoją rodziny. Jako mała dziewczynka do swojego taty wołała: - Janku mój! Co robisz? W odpowiedzi słyszała: - Drzwi do lasu. Stąd imię jej chłopca, stąd nazwa bloga.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>